APULIA, PÓŁWYSEP SALENTO - na samym końcu włoskiego obcasa


Apulia, po włosku Puglia (czyt. Pulia)
Ostatni tydzień tych wakacji (szkoła zaczęła się w tym roku dopiero dziś, tj. 15 września) spędziliśmy na południu Włoch. Pojechaliśmy tam na zaproszenie naszego włoskiego znajomego, który w Pugli na dom i apartamenty.
Mieszkaliśmy w Giurdignano, w okolicach nadmorskiego Otranto.
Przez te parę dni głównie zwiedzaliśmy nadmorskie miasteczka, jedliśmy lokalne dania w restauracjach, swojskich trattoriach i we włoskich domach oraz wylegiwaliśmy się na plażach.
Mieszkańcy Puglii, u których gościliśmy, pytali nas często - jak nam się tu podoba i czy tu jeszcze wrócimy? Cóż... można odpowiedzieć szczerze lub.. uprzejmie :) Szczerze Wam powiem, że nie ma porównania z Toskanią (te toskańskie wzgórza porośnięte winnicami i drzewkami oliwnymi oraz średniowieczne miasteczka...) ani z Sardynią, na której byliśmy na początku wakacji - morze i plaże Sardynii są jednak nieporównywalne... Ale to oczywiście tylko nasze opinie.
W każdym razie oczywiście cieszymy się, że mieliśmy możliwość poznać kolejny region Włoch i spróbować tamtejszej kuchni.
Zapraszam do obejrzenia zdjęć!

Pierwszego dnia nasz znajomy zabrał nas nad morze, do miejscowości Porto Badisco, nie tylko, aby się przekąpać w jego ulubionym miejscu, ale także, aby spróbować lokalnego specjału - podobno jest to najpopularniejsze miejsce w całej Pugli na jedzenie ricci di mare.
A wygląda ot tak zwyczajnie, stolik przy ulicy...

Syn łowi ricci (tylko samice- bo one maja jajeczka, które się je), a ojciec je przecina na pół i.. już są gotowe do jedzenia.


Podają je klientom po prostu z plastikową łyżeczką do wyjadania.
My dodatkowo w sklepiku obok kupiliśmy butelkę prosecco oraz bułkę (którą wyjadaliśmy ricci ze skorupek) i kawałek provoli.
 ogromna provola (oczywiście kupiliśmy tylko kawałeczek :)

Obiad zjedliśmy u Giovanniego - była dość nietypowa parmigiana, którą przyrządziła jego siostra - z ryżem i sosem pomidorowym. A Giovanni upiekł kupione rano na targu spigole (czyli branzini, po polsku labraksy, rodzaj okoni) oraz oraty (czyli dorady, czyli złocice :)
Przed jego domem rośnie taka roślina
To podobno czerwony pieprz
A obok jest menhir, jeden z wielu w okolicach Giurdignano


Następnego dnia pojechaliśmy na wycieczkę: Santa Cesarea Terme, Castro (i Grotta Zinzulusa), Localita Ciolo oraz Santa Marina di Leucca - miasteczko na samiuteńkim końcu obcasa.

Santa Cesarea Terme
Budynek mieszkalny przy wjeździe do miasta

Palazzo Sticchi - jak z bajki

W samych termach nie byliśmy - to obiekt urządzony, a my byliśmy z pieskiem, ale przekąpaliśmyw morzu i basenie nad morzem. Woda w morzu rzeczywiście przepiękna, czysta i przezroczysta :)




Zwiedziliśmy jedną z licznych grot na wybrzeżu, chyba jedną z najpopularniejszych - Grotta Zinzulusa. Bardzo ciekawa, warto zajrzeć. Zwiedzanie trwa ok. 20 minut, koszt 5euro os. dorosła, 2 euro dziecko. W środku nie można było robić zdjęć

Potem pojechaliśmy do Castro na obiad

Jedzenie było raczej zwyczajne, ale za to widok ładny


Następnie zatrzymaliśmy się w Localita Ciolo, gdzie znajduje się most, z którego można skakać do morza (?!) i skałki, na których trenuje się wspinanie
 bardzo mi się spodobało to miejsce na samej górze
Potem zjechaliśmy na sam dół, do Leuki, ale szczerze mówiąc jakoś nic nas szczególnie nie zaciekawiło. Potem wróciliśmy do Giurdignano przez środek półwyspu, przez Maglie - mieliśmy okazję NIE podziwia Puglię i się nią niestety NIE zachwycić. Płasko, nudno i nieładnie. Zmanierowani jesteśmy? A może po prostu byliśmy już męczeni... :)

Na szczęście następnego dnia zwiedziliśmy Otranto, które według miejscowych jest najładniejszym miastem w okolicy. Rzeczywiście - bardzo ładne, z przepiękną katedrą i z czyściutką, bardzo ładną plażą miejską.

Port, z krystalicznie czystą wodą

Kościół bizantyjski (prawdopodobnie z X wieku), z pięknymi freskami na ścianach

 

Katedra - jest jedną z największych atrakcji turystycznych okolicy i, muszę przyznać, jedną z najpiękniejszych katedr jakie zwiedzałam.
 
 
Na całej długości nawy i w bocznych kaplicach podłoga wyłożona jest mozaiką
 
 
Kaplice i ołtarze




Po zwiedzaniu pospacerowaliśmy uliczkami miasta
 Przed restauracją - 'kwiaty w doniczkach' :)
 
 Tradycyjne lokalne przegryzki
I jeszcze makaron w wersji z winem Primitivo

Taksówka dla turystów przerobiona z Piaggio

Plaże w Otranto

Doszliśmy do końca plaży i w barze wypiliśmy macchiato (za 0,80 euro przy plaży!!).
A potem jeszcze spirtza :)
A nasze dziecko oczywiście poszło się wykąpać. 
 
Woda jest tu rzeczywiście czysta, na co jest i certyfikat.

Na obiad pojechaliśmy do Porto Badisco, do baru. I zjedliśmy naprawdę bardzo dobrze!
Makaron z ricci di mare i makaron z rybami i owocami morza


Kolejnego dnia wybraliśmy się do stolicy regionu Lecce, zwanej też Florencją południa. W Lecce rzeczywiście mnóstwo jest kościołów i pałaców w bogatym stylu barokowym. Ale tutaj ten styl jest tak charakterystyczny dla tego miasta, że zyskał nawet swoją nazwę - barocco leccese (czyli barok leczeski). Zobaczcie ten przepych, te dekoracje, ozdoby, ornamenty....:)
Niektóre zdjęcia są troszkę krzywe, ponieważ niektóre budynki stoją przy wąskich uliczkach, a są ogromne, więc trudno je objąć.

 
 


Obiad zjedliśmy w centrum - wybraliśmy restauracyjkę serwującą lokalne dania. Zjedliśmy:
bardzo cytrynowy ryż z krewetkami, cieciorkę z makaronem w sosie z prażonym makaronem na wierzchu, duszoną cykorię na puree z bobu z grzankami oraz zapiekankę z muli, ziemniaków i cukinii. Nasze dziecko zjadło krewetki z grilla :)

A potem pojechaliśmy do kolejnego pięknego nadmorskiego miasteczka, położonego na zachodnim wybrzeżu obcasa - Gallipoli. Nazwa tego miasta pochodzi z języka greckiego i oznacza "ładne miasto".



Trafiliśmy na ciekawe miejsce, gdzie nad morzem mieszka rodzina czarnych kotów. Naliczyliśmy ich 24, ale na pewno jest ich więcej.

A późnym popołudniem poszliśmy do portu, gdzie przybijają łodzie rybackie, powracające z całodziennych łowów.
Najpierw na targu rybnym zjedliśmy absolutnie świeżusieńkie ostrygi. Najpierw wzięliśmy 4, ale potem znów 4 :)
Bardzo żałowaliśmy, że nie możemy nic kupić i przyrządzić sobie w domu - w apartamencie nie było kuchni :(
 

Panowie właśnie przywieźli świeżo złowione... gąbki
Tutaj pan wyjmuje z ricci di mare jajeczka i przekłada je do słoiczka z wodą. Zostaną potem zakonserwowane w małych słoiczkach i sprzedawane w delikatesach za niewiarygodnie wysoką cenę. Albo będą serwowane w najdroższych restauracjach Rzymu :)

Potem poszliśmy do portu, kutry właśnie przybijały i rybacy wystawiali towar na ulicy. Mieszkańcy już czekali na świeże owoce morza na kolację..







 Prawdziwy rybak!

Następnego dnia obiad zjedliśmy u nowo poznanych Włochów - przyjaciół Giovanniego. Przepyszne warzywa, sery, makaron, a na deser opuncje i figi - wszystko ekologiczne, z ogrodu od rodziców i z zaprzyjaźnionej mleczarni. Po południu pojechaliśmy na piękną plażę Baia dei Turchi.

Niestety, z powodu pewnych kłopotów z naszym samochodem, a co za tym idzie, kłopotów z włoską mafią (samochód został pod Neapolem :(((, my jeździliśmy wypożyczonym, nie zdążyliśmy zobaczyć wszystkiego, co planowaliśmy, a w szczególności nie zobaczyliśmy jezior Alimini i miasteczka Alberobello.

Tu jeszcze kilka ciekawych zdjęć z Pugli. Na końcu drzewa oliwkowe - w Toskanii tak starych i ogromnych nie widzieliśmy.

Garfield utknął??

Sztuka uliczna w Gallipoli
Opuncje (po włosku fichi d'india, czyli figi indyjskie)
I drzewa oliwkowe


Takie pamiątki sobie przywieźliśmy z targu (najdroższa za 8 euro!) - zdjęcie chyba nie oddaje dobrze koloru, są czerwone i "popękane"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz